1 punkt robi różnicę…. |
24.03.2007, sobota Już po raz drugi – podobnie było w roku ubiegłym - my właśnie, czyli Olka i Wanda, będziemy brały udział w warsztatach dziennikarskich, które są nagrodą w XII ogólnopolskim konkursie "Forum Pismaków" w Wałbrzychu. Pociąg, którym dojedziemy do Wrocławia, a stamtąd do Wałbrzycha, nie zatrzymuje się w Okonku. Dlatego razem z opiekunką naszej gazetki, p. Elżbietą Miłoszewicz oraz p. Andrzejem Miłoszewiczem i jego dwoma podopiecznymi ze „Szkolnego Donosiciela” odjeżdżamy ok. 12.07 z Jastrowia. Kiedy pociąg nadjechał, ruszyliśmy do niego jak oszalałe bestie, żeby zająć jak najlepsze miejsca. Natrafiłyśmy na wagon z miejscami jak w samolocie, czyli całkiem przyjemnie. Kiedy usadowiłyśmy się, Olka z przerażeniem w oczach stwierdziła, że przed nami siedzi jakiś strasznie dziwny człowiek z czarną płachtą na głowie. Po chwili okazało się, że to modląca się zakonnica. Nasza podróż trwała 5 godzin! Przez ten czas dosyć nieźle zintegrowałyśmy się z naszymi nowymi koleżankami (Asią i Kingą – z redakcji p. Andrzeja). A do tego im dłuższa była podróż, tym więcej miałyśmy „głupkowatych” tematów do rozmów i, jak to zwykle bywa, śmiałyśmy się bez opamiętania. Około 17 musiałyśmy się pożegnać z naszym wygodnym wagonem. Czekała nas caluśka godzina czekania na pociąg do Wałbrzycha. Nasi opiekunowie po konsultacji z nami postanowili, że udamy się coś przekąsić. Zawiało nas do MC Donald’sa. Po zajęciu miejsc ruszyłyśmy samotnie na poszukiwanie WC. To był naprawdę nie lada wyczyn (schody w dół na końcu lokalu przysłonięte ściankami boksów). Gdy wróciłyśmy, same nie wiedziałyśmy, na co mamy ochotę. Raz jakiś zestaw wpadał nam w oko, a później pojedyncze przekąski. Zakup skończył się na 2 zestawach. Niby to takie proste spakować do małej, papierowej torebeczki frytki, kurczaka i colę, ale dla p. Łukasza (zapamiętałam jego imię, identyfikator z napisem uczeń i wiem, że już nigdy nie podejdę do takiego pracownika) był to straszny wysiłek. Po prostu nie mam zamiaru czekać na malutki zestaw 20 min.). Wybiła 18, czas na pociąg do Wałbrzycha. Wpakowaliśmy się do niego strasznie zmęczeni. Bardzo chciałam się zdrzemnąć, ale los chciał, że musiałam siedzieć naprzeciwko Kingi, która cały czas nadawała jak najęta. Poza tym w drodze czytaliśmy jakieś książki, słuchaliśmy muzyki (to dotyczy również naszych opiekunów) i jakoś dojechaliśmy. Po przejściu przez „bardzo czysty” dworzec Wałbrzych Miasto p. Ela wzięła taryfę, bo było już trochę za późno, żeby tłuc się autobusami miejskimi. Taksówkarz był bardzo miły, pomiędzy nim a Panią wywiązała się dyskusja na temat dzisiejszych gazet i redaktorów, którzy w nich pracują – mieli zupełnie odmienne zdania (przynajmniej tyle udało nam się zapamiętać, bo byłam już mało przytomna). Gdy dotarliśmy na miejsce – sanatorium „Zuch” w Szczawnie Zdroju - okazało się, będziemy spać w stojącym obok niego budynku sanatoryjnej szkoły. Dostałyśmy jeden, wspólny, 4-osobowy pokój, a raczej klasę, chyba geograficzną, bo stało w niej kilka globusów. Około 21.30 zjedliśmy wspólnie kanapki i wypiliśmy herbatę. Tak jak w ubiegłym roku rozbawiała nas przy tym Kinga swoimi historyjkami i dowcipami. Po kąpieli położyłyśmy się spać. Wszystkie byłyśmy zmęczone, ale Wanda cały czas coś mówiła. Nie było w tym żadnego sensu, więc razem się z niej śmiałyśmy. 25.03.2007, niedziela Pobudka o 7 rano. A myślałyśmy, że chociaż tu się wyśpimy. Na dodatek noc była o godzinę krótsza, bo w nocy z soboty na niedzielę zmieniano czas z zimowego na letni. Trudno. Po śniadaniu wyruszyliśmy na krótki, ale orzeźwiający spacer po Szczawnie Zdroju, które wydało się nam dużo ładniejsze (mniej nieczystości na ulicach) niż w ubiegłym roku. Około 10.30 dotarliśmy do Zespołu Szkół nr 2 w Wałbrzychu, gdzie zebrać miały się wszystkie zaproszone na finał redakcje. Jest niedziela, a my musimy się uczyć. Nie było tak źle. Warsztaty zaczęły się o godzinę później niż planowano, czyli o 12.00, bo jeden z pociągów miał opóźnienie. Wolny czas przeznaczyłyśmy na poznanie innych dziennikarzy. Jeden z redaktorów wydawał się nam być dziewczyną, dlatego zrobiłyśmy „wielkie oczy”, gdy przedstawił nam się jako Krzysiek. Warsztaty rozpoczęła p. Elżbieta Sura, organizatorka całego konkursu. Przede wszystkim przedstawiła nam prowadzących warsztaty, pracowników naukowych Wyższej Szkoły Umiejętności Społecznych w Poznaniu: doc. Krzysztofa Lewandowskiego i dr Katarzynę Bocheńską. Wykład doc. Lewandowskiego dotyczył przede wszystkim prawa autorskiego i tego, co dziennikarzowi wolno, a czego nie. Dowiedzieliśmy się np., że naganne jest kopiowanie z Internetu i publikowanie w swoich pismach nie tylko tekstów, ale także zdjąć, a nawet klipartów. O godz. 14 wszyscy poszliśmy na obiad do małej restauracji, znajdującej się w jednej z uliczek prowadzących do rynku. Serwowane tam porcje przeraziły niektórych z nas…Były ogromne. Tak naprawdę już wtedy zaczęły się drugie zajęcia. Dr Bocheńska jeszcze przed konsumpcją wyjaśniła, na czym będą polegały. Po wyjściu z restauracji każdy miał za zadanie obserwować, co dzieje się wokół, zapisywać swoje spostrzeżenia i robić zdjęcia, czyli zbierać materiał do stworzenia reportażu o Wałbrzychu. Po godzinnym lataniu z aparatem po centrum mieście, co musiało wyglądać dość śmiesznie, gdyż było nas ponad dwadzieścioro, powróciliśmy do szkoły. Dr K. Bocheńska zaczęła jednak od uwag na temat przeprowadzania wywiadów, tak aby były one jak najbardziej profesjonalne. Następnie zaprezentowała nam nagranie radiowego reportażu i tu zaczęła się męka, bo należało coś napisać samemu. No dobrze, ale jak tu zacząć?... Zabrakło jednak czasu, aby zagłębić do końca tajniki reporterskich działań. Wybiła 18.00, czas wracać do Szczawna. Tam czekała na nas kolacja i - wreszcie! – odpoczynek po dość męczącym dniu, zwłaszcza, że poprzedniej nocy nie można zaliczyć do całkowicie przespanych. 26.03.2007, poniedziałek Znowu musieliśmy wstać o 7, chociaż gala miała zacząć się dopiero o 11. W szkole, w której spaliśmy, od 8 zaczynały się lekcje. Zostało nam jeszcze trochę czasu do śniadania, więc poszliśmy na krótki spacer po kurorcie. Po posiłku bagaże na plecy i do Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Próbowałyśmy zachować pozory, ale kiedy zaczęła się uroczystość, ogarnęło nas lekkie zdenerwowanie. Ciekawe, które miejsce w tym roku? Zniecierpliwieni czekałyśmy na werdykt w naszej kategorii, czyli pism gimnazjalnych. Wreszcie jest: III miejsce dla „Szkolnego Dzwonka” z Okonka! Już po powrocie dowiedzieliśmy się, że do II miejsca zabrakło nam… 1 punktu! Po finale czekał nas mały poczęstunek. Tradycyjnie już zajadaliśmy się chlebem z pysznym smalcem. Było też coś na słodko. Było przyjemnie, ale się skończyło. Zaczyna się horror. Przed nami ok. 9 godzin jazdy, a pociąg, który zawiezie nas do Wrocławia, ledwo jest w stanie pomieścić wszystkich pasażerów. Niektórym z naszej ekipy udaje się usiąść, inni musieli znaleźć jakieś wygodne miejsce na… podłodze. Po godzinie zrobiło się trochę luźniej, ale wszyscy siedzieliśmy w innych wagonach. Na dworcu we Wrocławiu mieliśmy znowu trochę czasu, więc zjedliśmy obiad. Potem do pociągu i prawie 3-godziinna jazda do Poznania, gdzie czekała nas ostatnia już przesiadka.. Można by powiedzieć, że na tym koniec wycieczki, gdyby nie to, że po wyjściu z pociągu w Pile i dojściu z peronu do budynku dworca Wanda zauważyła, że nie ma swojej torebki. W przyspieszonym tempie wróciła z p. Miłoszewicz do pociągu. Biegały po wagonie, a torby nie było. Konduktorzy stwierdzili, że znaleźli tylko jakiś plecak i kazali udać się do dyżurki. Uff, znalazła się… Na parkingu czekał na nas tata Oli, który zawiózł nas do Okonka. W rezultacie w domu byliśmy ok. 23. |
| Tekst pochodzi z gazety szkolnej "Szkolny Dzwonek". Opracowanie: Wanda Bartkowiak i Aleksandra Kapustyńska |